Lokalny Fyrtel

To co najciekawsze w Poznaniu i okolicach




Motoryzacja

Nowy Jeep Compass 4xe – klasyka spotyka nowoczesność

Jeep zawsze kojarzył mi się z topornym autem użytkowym i dość klasycznym podejściem do motoryzacji. Ma mieć prostą i wytrzymałą konstrukcję, wszędzie wjechać, a inne rzeczy schodzą na dalszy plan. Zaprzeczeniem tych słów jest hybrydowy Jeep Compass 4xe, którym miałem okazję niedawno jeździć. To typowy miejski SUV, dla którego równie ważne jak właściwości jezdne, okazało się eleganckie wnętrze i komfort jazdy.

Umówmy się, takim autem nikt raczej nie planuje wyjeżdżać w ciężki teren. Nie po to wydajemy blisko ćwierć miliona złotych (tyle trzeba zapłacić za najbogatsza wersję), żeby męczyć auto w błocie, porysować lakier, czy nie daj Boże wgnieść jakiś element nadwozia. Zdają sobie z tego sprawę zapewne również w Jeepie. Niemniej nazwa i logo zobowiązują, dlatego jeżeli z jakiegoś powodu zapragniemy pomęczyć Compassa, to on nam na to pozwoli. Sprawdziłem i bez problemu radzi sobie w trochę większym błocie, asystent zajadu sprawia, że nawet stroma górka nie będzie problemem, a duża moc drzemiąca pod maską sprawia, że w razie konieczności możemy zaorać pole sąsiada. I to tyle w temacie tzw. off-radu. Więcej nie napiszę, ponieważ się na tym nie znam, a po drugie mimo wszystko żal mi było takie piękne auto męczyć w szuwarach.

I tak przechodzę do kwestii ważnych, czyli wygląd. Wersja po face liftingu, zewnętrznie aż tak się nie zmieniała. Rewolucja zaszła w środku. Jeżeli chodzi o wygląd to uwielbiam przód tego auta. Wygląda fantastycznie i naprawdę pasuje do marki. Tył również prezentuje się przyzwoicie. Natomiast gdy patrzę na niego z boku mój zachwyt trochę maleje. Widać kanty kojarzące się ze stylem amerykańskim. Nie do końca wpisuje się to w moją estetykę. Jednak jako całość auto wygląda naprawdę fajnie i przyciąga wzrok przechodni. Tylko wybrałbym inny kolor niż w moim egzemplarzu. Wolałbym klasyczną biel połączoną z czernią. Perłowy Ivory raz wyglądał świetnie, a innym razem bardzo przeciętnie. Strasznie dużo zależało tu od słońca.

Za to w środku prawdziwa elegancja. Poprzednia odsłona Compassa lekko już trąciła myszką. Teraz jest naprawdę elegancko i nowocześnie. Kierownica prezentuje się bardzo dobrze i co ważne jest łatwa w obsłudze. Przyciski są dostępne i nie sprawiają żadnych problemów przy zmianie ustawień. Deska rozdzielcza również wygląda znacznie lepiej. Tym razem mamy tu wystający ekran, a nie wbudowany w przedni panel. To trend powtarzany u wielu producentów i mi takie rozwiązania odpowiadają. Jest czytelny i mamy do niego łatwy dostęp. Obsługa również nie jest specjalnie skomplikowana.

Gdy mowa o obsłudze warto dodać, że Jeep nadal posiada sporo fizycznych przycisków. Za ich pomocą obsłużycie klimatyzację. Z ekranu trzeba skorzystać tylko w monecie wybierania kierunku nawiewu. Za pomocą fizycznych przycisków wyłączymy też kontrolę trakcji, czujniki parkowania, czy zwiększenie rekuperacji. Ale już podgrzewanie foteli lub kierownicy wybieramy na dotykowym panelu. Są to przeważnie funkcje włączane w momencie wsiadania do auta, więc nie jest najgorzej. Jeżeli jednak będziecie chcieli coś zmienić w trakcie jazdy to niestety na sekundę odwrócicie wzrok od jezdni.

Całe szczęście, że sam system działa sprawnie i jest bardzo czuły. Może momentami zdarza się lekkie opóźnienie w przechodzeniu do kolejnych funkcji, ale nadal pozostaje w normie. Pierwszy raz też jechałem autem z bezprzewodowym Android Auto i tu też plusik. Nie miałem żadnych problemów ze sparowaniem telefonu. Gdyby ktoś upierał się przy fabrycznej nawigacji, też jest nieźle. Jedynie raz gdy specjalnie pojechałem w innym kierunku, to dopiero po jakimś kilometrze znalazła mi alternatywną drogę. W Google działa to mimo wszystko trochę szybciej.

Wrócę jeszcze do środka i elegancji. Można mieć zastrzeżenia co do części plastików. Nie są złe, ale w aucie za te pieniądze można by oczekiwać ciut więcej. Za to fotele są mistrzostwem świata. Bardzo wygodne i łatwo było mi znaleźć idealną pozycję za kierownicą. Dodatkowo fotel kierowcy jak i pasażera były w pełni regulowane elektrycznie. Naprawdę nadały one klasy wnętrzu i po chwili nawet nie zaprzątasz sobie głowy gdzie jest twardszy plastik, a gdzie piano black. To drugie tworzywo lubi się rysować, ale na szczęście było w miejscach, gdzie nie powinniśmy ich nadmiernie eksploatować. Raz na jakiś czas przetrzeć szmatką i będzie ok. A gdy koniecznie chcecie aby wnętrze nabrało jeszcze więcej elegancji można jak ja zapalić sobie lampkę na podłokietniku. Wszystko dzięki wyjściu 230V umieszczonym z tyłu.

W ogóle pod katem wyjść i udogodnień auto zbiera same plusy. Oprócz powszechnego wyjścia USB, zarówno z przodu jak i z tyłu znajdziemy też USB-C. Do tego na kilka sposobów elektrycznie otwierany bagażnik. Albo przyciskiem ze środka, albo kluczykiem, przyciskiem na klapie lub nogą poprzez czujnik pod tylnym zderzakiem. Zamyka się też automatycznie. Może się to wydawać zbędna ekstrawagancją, ale naprawdę są chwile, gdy ułatwia życie, a w takim aucie to wyposażenie wręcz obowiązkowe. Trochę gorzej z samą pojemnością bagażnika. To zapewne wina baterii bo w końcu jeździłem hybrydą typu plug-in. Od auta tych rozmiarów oczekiwałbym trochę więcej, ale tragedii nie ma, bo to nadal ponad 400 litrów.

Gdy mowa już o hybrydzie to mój egzemplarz dysponował mocą rządu 240 KM. 180 to silnik benzynowy, pozostałe 60 silnik elektryczny. W tym aucie to wręcz za dużo. Nie mam ciężkiej nogi i bardziej od osiągów doceniam komfort jazdy. Pod tym kątem Compass wypada genialnie zarówno w mieście jak i na trasie. Zapas mocy jest ogromny i mówiąc szczerze nawet nie sprawdzałem jego pełnych możliwości. Dzięki silnikowi elektrycznemu auto rusza bardzo płynnie i gdy chociaż trochę mocniej naciśniemy na gaz to potrafi wyrwać się z miejsca. Pamiętajcie, że hybryda nigdy nie rozładowuje się do zera. Zawsze pozostaje trochę mocy chociażby do wspomagania systemu start-stop. Tuż po jeździe stwierdziłem, że gdybym miał kupić to auto to wybrałbym mniejszy silnik. Okazało się jednak, że mniejsza jednostka hybrydowa o łącznej mocy 190 KM, jest katalogowa tańsza raptem o 5 tys. zł. W tym momencie nie ma najmniejszego sensu się ograniczać.

I tak jak napisałem na początku. Widać po tym modelu, że ma lekkie zacięcie off-roadowe, ale to nie jest naturalne środowisko tego auta. Chociaż Jeep ma w sprzedaży specjalną wersje TRAILHAWK, która posiada terenowe zawieszenie oraz zestaw płyt ochronnych podwozia. Mimo to chcąc bawić się w większym terenie uśmiechnąłbym się w stronę Wranglera. Compass to propozycja dla mieszczuchów lubiących podróże, ale jednak po szosie. Tam czuć świetny komfort jaki oferuje i czerpiemy przyjemność z jazdy. Wszystkie udogodnienia oraz napęd na cztery koła to świetne dodatki sprawiające, że w zimie, gdy spadnie śnieg i musimy przejechać zapomnianą boczną drogą będziemy mogli spokojnie jechać dalej nie szukając objazdu.

Ponadto bardzo dobrze wybiera nierówności na drodze, a to przydaje się wszędzie, nawet w mieście. Jazda po kostce brukowej w zabytkowych częściach miasta nie będzie wywoływała bólu głowy. A wiem to, bo właśnie taką drogą jeździłem w czasie wizyty w Centrum Edukacji Regionalnej i Przyrodniczej w Mniszkach. Piękne miejsce, w którym kultywowana jest pamięć o dawnych zawodach. To nie tylko setki unikalnych przedmiotów zebranych głównie od okolicznych mieszkańców, ale i żywa nauka historii poprzez specjalnie organizowane warsztaty pokazowe ginących zawodów. Więcej o Centrum możecie przeczytać w mojej relacji. To miejsce hołdu dla przeszłości, ale w nowym opakowaniu. Wszystko możemy tu dotknąć, poczuć i zobaczyć na własne oczy jak wyglądało życie w dawnych czasach.

I trochę tak jest też z Compassem. Dostajemy auto z nowoczesnym hybrydowym silnikiem, eleganckie wnętrze, ale nie zapomniano o terenowych korzeniach. Masywna sylwetka sugeruje, że mamy do czynienia z mocnym autem, a nie tradycyjnym miejskim SUV-em. Jeep stworzył niezwykle przyjemne auto do codziennego użytku i to zarówno w mieście jak i na wsi. Poradzi sobie w każdych warunkach (wyłączam oczywiście te ekstremalne) i daje niebywałą przyjemność z jazdy. To jedno z najlepszych aut na długie podróże jakim dane mi było jeździć. Najchętniej dokupiłbym do niego namiot dachowy i ruszył w Polskę. W mieście i na autostradzie czułby się jak ryba w wodzie, a gdy naszła by mnie ochota zjechać z głównej drogi, żeby przenocować nad jeziorem zrobiłbym to bez obaw. Do gniazdka 230V podłączył bym ekspres do kawy lub grill i luksusowe biwakowanie gotowe. Czego chcieć więcej?

Po więcej zdjęć zapraszam na mój instagram

Auto do testu użyczył mi salon Voyager Group

Świętego Michała 20, 61-023 Poznań, tel. 61 628 66 88

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.