Lokalny Fyrtel

To co najciekawsze w Poznaniu i okolicach




Festiwale Kultura

Era Jazzu. Bomba energetyczna na otwarcie


Fot. materiały prasowe

Jak niewiele potrzeba żeby było wszystko. Tak najkrócej można skomentować wczorajszy koncert inaugurujący tegoroczną Erę Jazzu. Duet Friend N Fellow zaczarował poznańską publiczność, a końcową improwizacja zapewne zaskarbił tez sobie ich serca.

Zanim na scenie pojawiły się gwiazdy, ze słuchaczami przywitał się pan Dionizy Piątkowski. Człowiek, dzięki któremu możemy od tylu lat cieszyć się jazzowymi koncertami w Poznaniu. Jak sam przyznał nie spodziewał się, że tyle czasu upłynie zanim będziemy mogli ponownie się spotkać na sali koncertowej. Na szczęście mimo wielu przeciwności losu, ale też pomocy życzliwych ludzi nareszcie mogliśmy cieszyć się z kolejnej odsłony Ery Jazzu. Tuż po nim na scenę wszedł duet Friend N Fellow. W pierwszej chwili stwierdziłem, że trochę skromnie jak na otwarcie festiwalu, ale oczywiście strasznie się pomyliłem.

Ta dwójka wspaniałych muzyków dała niewiarygodny koncert. Nigdy w życiu nie spodziewałem się, że otrzymam tak piękną dla ucha ucztę. Jazz kojarzył mi się raczej z pianinem, czy saksofonem. Nigdy nie słyszałem koncertu granego tylko na gitarze. Zazwyczaj była dodatkiem do innych instrumentów. To co wyprawiał Thomas Fellow, godne jest największych sal koncertowych. W połączeniu z genialnym wokalem Constanze Friend otrzymaliśmy genialny muzyczny spektakl. Przyznam, że na koncert szedłem zmęczony po ciężkim dniu. Natomiast zastrzyk energii jaki otrzymałem sprawił, że jeszcze długo po koncercie kipiałem energią.

Ponadto każdy mógł znaleźć tu coś dla siebie. Muzycy zaprezentowali mieszankę wielu stylów muzycznych. Ich interpretacje znanych utworów sprawiały, że odkrywałem je na nowo. Teraz popełnię herezję, ale I Still Haven’t Found What I’m Looking For w wykonaniu Friend N Fellow przebił wersję U2. Akurat w tym wypadku postawili na spokojniejszy ton, który zaczarował zebranych. Uroczy był widok par, które nagle, zupełnie nieświadomie zaczęły się do siebie przytulać. Ta interpretacja naprawdę chwytała za serce.

To nie jedyny klasyk, z którym zmierzyli się muzycy. Wzięcie na warsztat Ring of Fire Johnny’ego Casha także wymaga wiele odwagi. Tu już nie przebili oryginału, ale sprawili, że kolokwialnie nóżka chodziła. Aż miało się ochotę wstać z miejsca, odrzucić na bok krzesła i zacząć tańczyć na parkiecie. Takie emocje na koncercie jazzowym? Naprawdę coś niesamowitego. Niby poważny koncert, elegancka sala, a na scenie radość, zabawa i swawole. Teoretycznie tak się nie godzi, ale za to ile frajdy miała publiczność.

Zresztą sami muzycy bawili się równie dobrze. To piękne, gdy zarówno twórca jak i odbiorca czerpią podobną radość z koncertu. Entuzjazm muzyków wyraźnie udzielał się wszystkim na widowni. Wręcz zapraszali nas do wspólnego muzykowania. A pożegnanie było iście wyborne. Constanze dziękując stwierdziła, że Poznań to piękne słowo i zaczęła spontanicznie wyśpiewywać nazwę naszego miasta. W to włączył się z gitarowymi dźwiękami Thomas i stała się rzecz niebywała. Cała sala rytmicznie pląsała słuchając nazwy swojego miasta. Od teraz będę twierdził, że Poznań to najbardziej melodyjna nazwa miasta na świecie. Mam nadzieję, że organizatorzy zarejestrowali to wydarzenie i dane mi będzie wysłuchać tego raz jeszcze.

Po tak genialnym otwarciu oczywiście czekam na więcej. Najbliższy koncert, na który się wybieram to – JAN PTASZYN WRÓBLEWSKI – Moja słodka, europejska ojczyzna. Liczę na równie miły wieczór jak wczoraj. Oczywiście na łamach Lokalnego Fyrtla będziecie mogli przeczytać relację. Najlepiej jednak zajrzeć na stronę jazz.pl, zobaczyć, czy nie ma jeszcze wolnych biletów i wybrać się osobiście na jeden z koncertów Ery Jazzu.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.