Lokalny Fyrtel

To co najciekawsze w Poznaniu i okolicach




Festiwale Film

Short Waves Festival. Jak tam ma się krótki metraż?


Konkurs Polski, Fot. Dawid Majewski

Po długiej przerwie wreszcie mogłem wybrać się do kina. Wybór padł na jeden z pokazów Konkursu Polskiego tegorocznego Short Waves Festival. Rozsiadłem się więc w kinowym fotelu i sprawdziłem, co też ciekawego w ostatnim roku zadziało się w polskim krótkim metrażu.

Po tych wszystkich lockdownach i falach covidowych wreszcie mogłem zaczerpnąć kultury jaką znam i lubię. Pójść do kina, spotkać festiwalowych gości, porozmawiać z ludźmi. Nareszcie trochę normalności. Bardzo doceniam możliwość oglądania filmów online, ale w przypadku festiwali preferuję jednak wyjście do kina, czy też pokazy plenerowe. Oglądanie na domowej kanapie jest oczywiście wygodne. Pozwala zobaczyć znacznie więcej propozycji, ale nie ma tej atmosfery i w moim przypadku brakuje odpowiedniego skupienia. Ja potrzebuję właściwej oprawy, żeby prawdziwie delektować się kinem, a o tę niekiedy trudno w domowym zaciszu. Minusem tej sytuacji jest zobaczenie przeze mnie tylko jednego pokazu konkursowego. Ale nie liczy się ilość tylko jakość.

Konkurs zaczął się bardzo obiecująco. Na otwarcie miałem okazję zobaczyć animację Darii Kopiec Własne śmieci. Niezwykle mocny obraz pełen metafor i zabawy formą. To opowieść o dorastaniu, rodzinie, traumie, a wszystko przy okazji rodzinnego obiadu. Każdy z nas odnajdzie w tej opowieści cząstkę siebie. Niestety poziom negatywnych emocji i gorzkich słów jest zbyt wysoki. W pewnym momencie miałem ochotę zakończyć seans. Film trwa tylko 6 minut, ale ten mocny przekaz autentycznie mną wstrząsnął. Niebywałe jak wiele wrażeń może nieść w sobie tak krótka forma. Bardzo dobra propozycja festiwalowa. Jedynym minusem był fakt, że nie mogłem wyjść ochłonąć, gdyż czekały następne filmy.


Konkurs Polski, Fot. Dawid Majewski

Kolejnym prezentowanym tytułem był Wyraj w reżyserii Agnieszki Nowosielskiej. Historia młodego chłopaka jego matki i dziadka, już od pierwszych chwil budzi w nas niepokój. Rozpoczyna się pogrzebem kota zorganizowanym przez głównego bohatera. Niespodziewanie w kolejnej scenie kot wstaje i odchodzi. Od tej chwili podejrzewamy, że w chłopcu drzemią jakieś nadnaturalne zdolności. To film oszczędny w dialogi. Reżyserka przemawia do nas bardziej za sprawą obrazu i dźwięków. Ciągłe napięcie może doprowadzić do kresu wytrzymałości. I chociaż od pewnego momentu wiemy dokąd ostatecznie zmierza ta opowieść, to mamy nadzieję, że jednak twórcy w jakiś sposób nas zaskoczą. Niestety tak się nie dzieje i tragedia okazuje się nieunikniona.

Następnie przyszedł czas na produkcję, której idei nie zrozumiałem. Julia jedzie nad morze to prosta historia nastolatki, która spędza samotne wakacje nad Bałtykiem. Za pomocą Tindera szuka swojej drugiej połówki, ale słabo jej to wychodzi. Nie ukrywam, iż nie jest to moja tematyka, ale chyba nie w tym tkwi problem tego filmu. Jest zwyczajnie nudny, infantylny, przejaskrawiony i bardzo schematyczny. Najgorsze jednak jest to, że nie potrafiłem poczuć sympatii do Julii. To postać nijaka, bez żadnego charakteru. Poziom dialogów porażał i brakowało w nich autentyczności. Miałem wrażenie, że prze większość seansu oglądam patologiczną i niezbyt rozgarnięta młodzież.

Na szczęście wszystkie te niedogodności wynagrodził mi We Have One Heart Katarzyny Warzechy. Chwytająca za serce historia Irańczyka i Polki, którzy spodziewają się dziecka, po czym mężczyzna z uwagi na brak wizy musi wracać do kraju. Lektor odczytuje nam kolejne listy jakie do siebie piszą, aż do śmierci mężczyzny. Następnie poznajemy ich syna i jego żona oraz wnuka, który przedstawia nam całą historię. Głos dziecka w piękny sposób opowiadającego o swojej rodzinie chwyta za serce i jest po prostu uroczy. Dodatkowo reżyserka pięknie połączyła animację z materiałami archiwalnymi, ponieważ to autentyczna historia. Jak wiadomo życie pisze najpiękniejsze scenariusze. Wisienką na torcie jest końcowy twist. To kolejna propozycja której gorąco kibicuję przy rozdawaniu nagród.


Konkurs Polski, Fot. Dawid Majewski

Mówi się, że rozmiar nie ma znaczenia, a w przypadku krótkiego metrażu to najprawdziwsza prawda. Alicja i Żabka była najdłuższym z prezentowanych filmów. Na stanowisku reżysera znana (raczej jako aktorka) Olga Bołądź. W obsadzie kilka znanych nazwisk. Patrząc na poziom realizacji to i budżet się zgadzał, a ostatecznie i tak się nie udało. Brakowało najważniejszego, czyli historii. Poznajemy 14-letnią dziewczynkę, która zachodzi w niechcianą ciążę. Trudna sytuacja sprawia, że na krótkie chwilę przenosi się do świata fantazji. Dziwaczne scenki nie do końca przypadły mi do gustu, ale były jakieś, próbowały łamać schemat i wciągnąć widza w opowieść. Niestety cała reszta wygląda jak w Julia jedzie nad morze. Stereotypy, klisze, schematy, zero emocji. Zupełnie nie wykorzystano potencjału. Twórcy ewidentnie nie udźwignęli wagi poruszanego problemu. Szkoda, że nie potrafimy rozmawiać o ważnych sprawach tylko tak je trywializujemy.

Bardzo żałuję, że nie udało mi się zobaczyć drugiego pokazu konkursowego. Znając moje szczęście nagrody przypadną filmom, których nie widziałem lub tym które nie przypadły mi do gustu. Wolałbym to drugie rozwiązanie, gdyż to zawsze powód do ciekawej dyskusji. Ja mimo kilku zawodów nadal pozostaję ogromnym wielbicielem krótkiego metrażu i będę go propagował przy każdej możliwość okazji.

PS. napisałem też kilka słów dla kulturapoznan.pl na temat pokazów Urban View. Jeżeli jesteście ciekaw kliknijcie tutaj.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.