Lokalny Fyrtel

To co najciekawsze w Poznaniu i okolicach




Film Kultura

“Śmierć Stalina”, czyli przerażająca komedia


fot. materiały dystrybutora

Armando Iannucci twórca doskonałej „Figurantki” ponownie bierze na warsztat polityczne rozgrywki i serwuje nam wyśmienite kino w postaci „Śmierci Stalina”.

Trochę musieliśmy poczekać zanim na polskie ekrany weszła „Śmierć Stalina”. Obraz zakazany w kilku krajach, przez długi czas nie mógł znaleźć dystrybutora w naszym kraju. Na szczęście sytuacja się zmieniła i możemy podziwiać w naszych kinach ten absurdalny (słowo to będzie przez mnie nadużywane w tej recenzji) polityczny spektakl.

Absolutnie nie dziwi mnie, że obraz ten zakazywany jest w niektórych państwach na świecie. I nie chodzi tu o samą Rosję. Opowiadana bowiem historia demaskuje tak naprawę absurdy nie tyle sowietów, co wszystkich ustrojów autorytarnych. Armando Iannucci doskonale czuje się w takiej konwencji, co udowodnił już podczas pracy nad serialem HBO “Figuratka”, który także pokazuje absurdy władzy. O ile tam śledzimy losy wiceprezydent USA, to tutaj oglądamy perypetie znanych postaci historycznych, które próbują odnaleźć się po śmierci wodza. Ale po kolei.

fot. materiały dystrybutora

Właściwie już początek filmu wskazuje nam z czym będziemy mieć do czynienia. Otwierająca scena koncertu to kwintesencja ZSRR. Dyrektor otrzymuje telefon i informację, że ma oddzwonić do Stalina za 17 minut. Widzimy go wraz ze współpracownikiem, którzy panicznie starają się określić od jakiego momentu należy ów czas liczyć, żeby tylko nie narazić się władzy. Nie sposób powstrzymać śmiechu w tej absurdalnej sytuacji, jednak z tyłu głowy puka do nas przerażenie, ponieważ wiemy jakie mogą być konsekwencje pomyłki. Najbardziej przerażający jest fakt, że ta scena po chwili namysłu wcale nie wydaje się niemożliwa, szczególnie w ówczesnym systemie. Takich scen w filmie jest całe mnóstwo przez co widz czuje się jak na rollercoasterze przeplatając śmiech z przerażeniem.

Wiele osób może czuć oburzenie, że tak ważny problem podawany zostaje w mimo wszystko lekkiej formie. Nic bardziej mylnego. Mimo, iż film pełen jest komediowych perełek, to właśnie one potęgują absurd całego systemu. Dostrzegamy komizm całej sytuacji, gdy najważniejsze osoby w państwie stoją nad ciałem Stalina i debatują czy i jakiego lekarza wezwać. Błachy problem przeradza się w dyskusje i nikt nie chce podjąć decyzji, ponieważ obawia się konsekwencji (a te mogą być straszne). Tak zresztą jest przez cały seans. Wszechobecny strach uniemożliwia sprawne działanie. Żaden z bohaterów nie może czuć się bezpiecznie i tylko zerka na rywala, a widz już nie wie czy powinien się śmiać, czy płakać.

fot. materiały dystrybutora

Znakomity scenariusz to jednak nie wszystko. Osobne brawa należą się aktorom. Wywiązali się ze swojego zadania brawurowo. Steve Buscemi jako Chruszczow to pokaz aktorstwa wysokiej próby. Śmiem twierdzić, że gdyby film miał większą kampanię reklamową, to zgarnąłby niejedną nagrodę. Jednak partnerujący mu koledzy po fachu również trzymają poziom. Simon Russell Beale w roli Berii jednym spojrzeniem potrafi wywołać ciarki, a Jeffrey Tambor jako Malenkow wypada brawurowo. Warto też wspomnieć o Jasonie Isaacsu. Gra on Gieorgija Żukowa i wydaje się, że właśnie tak prezentował się wódz Armii Czerwone. Od pierwszej sceny bije od niego pewność siebie. Za nic ma innych, ponieważ popiera go armia, która może wszystko. Jednak gdy przychodzi o zajęcie jak najlepszej pozycji po śmierci wodza, wszyscy oni zamiast przerażać śmieszą, ponieważ każdy chce zająć jego miejsce i nie mają pojęcia komu należy schlebiać. Doskonale widać to chociażby po reakcji Berii na wieść, że Stalin odzyskał przytomność. Pewny siebie morderca w jednym momencie blednie, gdyż wie, że mogą wyjść na jaw jego działania.

O tym filmie można by pisać w nieskończoność, jednak znacznie lepiej jest go zwyczajnie zobaczyć. To doskonała satyra nie tylko na dawne ale i współczesne czasy. Wiadomo, że nic tak mocno nie uderza w system jak uwypuklenie jego absurdów i wywołanie śmiechu u odbiorców. Udawało się to kultowemu już kabaretowi „TEY”, udaje się też Iannucciemu w jego najnowszym filmie. Prawdziwe wydarzenia stają się tutaj pretekstem do opowiedzenia niezwykle interesującej historii. To także kubeł zimnej wody dla nas, którzy jesteśmy obecnie karmieni różnymi ideologiami. Reżyser oprócz świetnego filmu, dobrej dawki humoru, daje nam także ważną lekcję, która ma być przestrogą i chyba właśnie dlatego jest to tak dobre kino.

Ocena 7/10

Tekst powstał dzięki uprzejmości Kina Rialto w Poznaniu.

https://www.youtube.com/watch?v=k6f0FmpAbeA

Autor: Patryk Szczechowiak

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.