Lokalny Fyrtel

Najciekawsze wydarzenia z Poznania i okolicy

„Laurelina” i Miasto Tysiąca Planet

Tak, powyższy tytuł nie jest błędem. Jeżeli ktoś zna dotychczasową twórczość Luca Bessona nie powinien być zdziwiony. Mimo, iż to Valerian jest tytułowym bohaterem, to całe show kradnie jego partnerka. Cara Delevinge to chyba największe pozytywne zaskoczenie tego filmu (co do gry Dana DeHaana byłem spokojny, ponieważ ten aktor nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu). Luc Besson po raz kolejny tworzy film, w którym pojawia się mocna wyrazista postać kobieca. Jest to dość charakterystyczne w jego dotychczasowej twórczości. Widzieliśmy już bezwzględna Nikitę, młodą chociaż twardą Matyldę, czy ostatnio obdarzoną niezwykłą mocą Lucy. W Mieście Tysiąca Planet ten schemat zostaje powielony. Laureline nie jest tylko ładnym dla oka dodatkiem, lecz pełnoprawnym bohaterem, który momentami przejmuje inicjatywę.

Właściwie tylko początek jest spokojny, bo gdy już rusza akcja to nie zatrzymuje się do samego końca. Momenty wyhamowania są niezwykle krótkie i tworzone tylko po to, by złapać oddech. Jednak zanim to zrobimy jesteśmy wrzucani w kolejny wir akcji. Jak to zwykle bywa u tego reżysera oprócz pięknej strony wizualnej i dobrej zabawy musi też pojawić się jakieś przesłanie. W skrócie można rzec, że Besson namawia nas do wzajemnego jednoczenia, co w obecnych czasach wydaje się niezwykle aktualne, chociażby w kontekście Unii Europejskiej.

Każdy zauważy nawiązania do kultowego już „Piątego elementu”. Świat jaki widzimy zachwyca kolorami oraz pomysłowością (spokojnie można by zmienić tytuł na film tysiąca pomysłów). Ogromny budżet sprawił, że produkcja ta pod względem wizualnym niczym nie ustępuje tym zza oceanu. Besson to wizjoner, ze smykałką do robienia wielkich produkcji. Chociaż w ostatnich latach jego obrazy nie zachwycały, to w tym przypadku mamy świetny powrót do korzeni. Dostajemy wartką akcję przeplataną sarkastycznym humorem, ciekawe postaci, znakomicie zaprojektowane światy, a nawet przejścia między różnymi wymiarami (niezwykle pomysłowa scena na targowisku).

Nie da się ukryć, że podobne filmy widzieliśmy już w tym roku, chociażby za sprawą „Strażników Galaktyki”. Niemniej idąc na „Valeriana i Miasto Tysiąca Planet” spodziewałem się zwariowanej space opery i właśnie to dostałem. Mimo, że seans trwał przeszło dwie godziny, nie zdążyłem się na nim wynudzić. Szkoda, że obraz okazał się finansowa porażką, ponieważ bardzo chętnie zobaczyłbym kolejna część, a tak szanse na jej powstanie są bardzo małe. Jeżeli jeszcze nie widzieliście tego filmu to wybierzcie się do kina.

7/10

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Kina Zielone Oko oraz Centrum Kultury w Przeźmierowie.




Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *